czwartek, 30 lipca 2015

Informacja.

 Tym razem brak Happy End'u...

 Zważywszy że historia Van dobiega końca.. myśle że pora was poinformować... iż.... ta historia nie ma Happy End'u...





Clyde czy Justin, wybieraj albo odejdź. cz.8


(...)
-Kocham Cię.-szepnęłam niesłyszalnie.
Choć wciąż byłam świadoma tego co się stało to starałam się zapomnieć, szło mi opornie, ale leżałam z bananem na twarzy, byłam szczęśliwa że mam tak wspaniałego przyjaciela, wiem że nie będę mogła szybko zapomnieć o tym co zaszło, ale będę musiała przynajmniej próbować.
„Jadę do Ciebie z Charlotte! –Stephanie”
Dostałam nagle sms-a, nawet nie odpisałam, bo wiedziałam że dziewczyny zaraz dotrą na miejsce i nie myliłam się do Sali wbiegła wyraźnie wystraszona Steffie, a Char weszła za nią z nie lepszym wrażeniem.
-JEZU NIC CI NIE JEST?!-wydarły się obie
-Cicho, tu są też inni ludzie.-skarciłam je.-Nie już się czuje lepiej…ale to wciąż boli...-zawahałam się.
-My wiemy Van… Może to i lepiej. Los tak chciał, wszystko się ułoży.-pocieszała mnie Char.
-Clyde tu był.-powiedziałam
-BYŁ?-ryknęła znów Steph.
-Cicho.-znów zwróciłam jej uwagę.-No tak był, powiedział że nie jest na mnie zły i stwierdziliśmy że będziemy przyjaciółmi… Spróbujemy być.-dokończyłam
-Będziecie, niesamowitymi przyjaciółmi, jestem pewna, los chce Was połączyć.-stwierdziła Lottie.
-A ty czemu nie u Luci?-spytałam z zaciekawieniem
-Wylatuję jutro.-oznajmiła.
-Super.-ucieszyłam się.-Fajnie że wreszcie będziecie razem.-powiedziałam.
-Przepraszam, czas odwiedzin już się skończył.-przerwała nam wchodząca pielęgniarka.
-Naturalnie.-zaczęła Steffie.-Już idziemy.-dokończyła.
-Zobaczymy się w szkole.-pożegnała się Char i przytuliła mnie.
-A ja jeszcze do Ciebie wpadnę!-powiedziała Stephanie i wyszła.
Byłam już zmęczona tymi wszystkimi odwiedzinami. Zasnęłam po jakiś pięciu minutach od wyjścia dziewczyn, oczywiście z bananem na twarzy.
Obudziły mnie głos jednego z lekarzy, nie otworzyłam oczu, chciałam posłuchać co mówią, może czegoś się dowiem.
-Ile jej dajemy?-zapytał jeden wyraźnie męski głos.
-Góra 2 dni.-odpowiedział oschle drugi, również męski głos.
Otworzyłam oczy, a lekarze zdążyli już wyjść z Sali. Łza potoczyła się po moim policzku. Nie chcę umierać, przynajmniej nie teraz… Chociaż, kiedyś chciałam umrzeć, pamiętam jak próbowałam odebrać sobie życie, kolejne łzy płynęły po policzkach niczym krople deszczu spadające na nic nie świadome o źle miasto, ale teraz już ten okropny czas minął. Nie mogę umrzeć… Jasne, że mogę, tylko że ja nie chcę.
Leżałam i myślałam co będzie gdy do Sali wszedł Paul.
-No co mała? Dziś Cię wypisują.-powiedział na wstępie i poczochrał mi włosy.
-Jak to? Ale rozmowa lekarzy…-stwierdziłam zakłopotana.
-Co rozmowa lekarzy?-spojrzał na mnie dziwnie Paul
-No bo..-ucięłam, aby się zastanowić.-Nie ważne.-dodałam po chwili i uśmiechnęłam się złudnie, przecież jeżeli nic mi nie jest to mnie wypiszą może mówili o kimś innym, może usłyszałam tylko kawałek rozmowy muszę myśleć racjonalnie.
-Musze coś załatwić jeszcze na mieście, za ten czas się spakuj, ja przyjdę po Ciebie około 13, rodzice nie mają czasu, a z pracy zwolnić się nie mogą, ale kazali Ci przekazać buziaki.-po tych słowach dał mi buziaka w policzek i wyszedł z Sali, a ja tylko uśmiechnęłam się lekko.
Do trzynastej mam jeszcze cztery godziny więc znając życie spakuję się dopiero jakieś piętnaście minut przed. Z szafki, która stała tuż obok mojego szpitalnego łóżka wyjęłam telefon, gdyż chyba przeleżałam już tam lata świetlne, nawet sama nie pamiętam kiedy go sprawdzałam, spojrzałam na ekran, wyłączony. Przytrzymałam dłużej czerwoną słuchawkę by go włączyć, ekstra, rozładowany, weź teraz szukaj ładowarki, wygrzebałam ją gdzieś z torby i podłączyłam telefon, sprawdziłam wiadomości, wygrałam BMW, cóż za szczęście, ostatnio jakoś właśnie nie mam szczęścia, żadnej wiadomości od Justin’a, dlaczego ja się łudziłam że on napisze? Przecież to skończony drań nienawidzę go za to co mi zrobił, nigdy mu tego nie wybaczę i już nigdy nie chcę spojrzeć mu w tego jego pię… okropne, zdradliwe czekoladowe oczy… Od razu zobaczyłam je w myślach, przypomniało mi się jak na mnie patrzy, zrobiło mi się jakoś tak pusto… Łzy zaczęły lecieć mi po policzkach, starłam je szybko, najważniejsze już nigdy nie będę przez niego płakać. Nigdy! Wśród sms-ów był jeden, który wywołał wieeelki uśmiech na mojej twarzy.
„Jak się trzymasz księżniczko? Słyszałem że wychodzisz, mam niespodziankę- Clyde”
Czytałam w kółko słowo ‘księżniczka’ i uśmiechałam się do siebie jak głupia.
-Może przez ten szpital już całkiem mi odbiło?-zaśmiałam się sama do siebie.
„Dobrze, zależy czy chodzi Ci o moje zdrowie psychiczne czy fizyczne… Niespodziankę? Brzmi nieźle, ale nic nie musisz robić…”
Wyskrobałam choć nie tak szybko jak kiedyś, tak dawno nie pisałam sms-ów że już wyszłam z wprawy!
„O te i o te. ;) Nie muszę, a może chcę?”
Dostałam po paru sekundach odpowiedź, jaki on jest słodki, od razu nasunęło mi się na myśl.
„Cieszę się że jesteś Clyde”
Odpisałam tak szybko jak tylko mogłam i uśmiechnęłam się, naprawdę byłam szczęśliwa, że mam kogoś tak niesamowitego jak on… Ciekawe jak to by było znów być razem… Zaraz! Vanessa, ogar! Nie mieszaj się teraz w żadne związki, mało Ci tego ile przeszłaś, mało Ci?! Moje sumienie gadało same do mnie, paranoja, fiksuję już, dobrze że już wychodzę, bo potem by mnie musieli zamknąć w wariatkowie… Grałam w gry na moim BlackBerry i tak minęły mi trzy godziny, stwierdzam że już muszę się pakować.
Spakowałam się i po około dwudziestu minutach był już tu Paul.
-Co tak wcześnie?-zapytałam na początek.
-A co to źle? Chcesz może tu zostać załatwię Ci…-zaśmiał się szyderczo
-NIE! NIGDY WIĘCEJ!-ryknęłam jak obłąkana
-Teraz to Ci się chyba psychiatryk przyda, zawsze o tym wiedziałem.-zaśmiał się jeszcze bardziej, rzuciłam mu piorunujące spojrzenie. Moja hipoteza się sprawdza- sfiksowałam.
-Ha,ha bardzo śmieszne.-zadrwiłam.-Idę się przebrać, bo ktoś tu mi nie dał czasu, gdyż przyjechał za wcześnie.-rzuciłam mu spojrzenie i mijając go poszłam do łazienki.
Nareszcie mogę wyjść z tej okropnej szpitalnej piżamy, nareszcie moje conversy! Ubrałam się zwinnie i wróciłam do Paul’a, który już trzymał w ręku moją torbę, i był zwarty do wyjścia. Zeszliśmy na dół, wsiedliśmy do auta.
-Zapnij pasy.-rozkazał Paul, zapalając silnik.
-Tak jest panie kapitanie!-wybuchłam śmiechem, a ten tylko popatrzył się na mnie dziwnie.
-Paul…-zaczęłam.
-Tak?-odpowiedział, ale był taki skupiony na drodze że nawet nie popatrzył na mnie kątem oka.
-Możemy jechać do Mc’Donalds, mam ochotę zjeść coś normalnego.-powiedziałam.
-Jasne, chyba przez to jedzenie szpitalne straciłaś z dziesięć kilo, i teraz jesteś jeszcze chudsza niż trup ciotki Katie.-zaśmiał się i skręcił w stronę Mc.
-Dzięki że porównujesz mnie do trupa, miło nie ma co!- strzeliłam mu muke, a on wreszcie raczył się na mnie popatrzyć, lecz trwało to nie więcej niż 3 sekundy, bo przypomniał sobie że jeszcze jedzie.
Samochód stanął, wyszłam i ruszyłam w stronę drzwi do Mc’Donalds, a Clyde wraz za mną. Kiedy weszłam od razu uśmiech z mojej twarzy zniknął, stanęłam, Paul prześwidrował mnie wzrokiem.
-Melissa.-wysyczałam przez zęby, Paul widocznie wpadł w zakłopotanie i tylko pociągnął mnie za rękę w stronę kasy, minięcie jej było nie uniknione.
-Hej skarbie.-zaświergotała niczym ZDRADLIWY OBRZYDLIWY kanarek.
-Em, nara?-odpowiedziałam oschle.
-Oh, co ty taka nie miła? A kim jest ten przystojniak?-zapytała i przysunęła się w stronę Paul’a, który nie wiedział co się dzieje i wyglądał co najmniej śmiesznie.
-To jest...
-Paul, Vanessa mam swój głos.-przerwał mi.
-Nie ważne, chodź Paul idziemy.-szarpnęłam go w stronę kasy, a Melissa wyraźnie zauważyła że nic tu nie zdziała i po prostu ulotniła się.
-Nigdy więcej z nią nie gadaj.-rozkazałam mu wkurzona.
-Nie mam zamiaru.-powiedział
-Co chcesz?-zapytałam nagle o wiele milej.
-Czy ja wiem… Właściwie nie jestem głodny, wezmę tylko BigMac’a.-stwierdził.- A ty? Ja płacę.-zapytał i oznajmił.
-Jak chcesz, nie będę się kłócić.-zaśmiałam się.-Jestem głodna jak wilk! Mc’Zestaw z McChicken’em poproszę.-wystawiłam mu język. Paul zamówił jedzenie i poszliśmy do auta, bo stwierdziliśmy że zjemy w domu.
Po południe spędziłam w domu trochę oglądając telewizję z Paul’em, a potem siedziałam i przeglądałam sieć, gdy zadzwonił dzwonek… Zbiegłam na dół i otworzyłam drzwi.
-Hej!-powiedział wesoły Clyde i dał mi buziaka w policzek.
-Hej.-odpowiedziałam nieco zdezorientowana.
-Mam niespodziankę!-oznajmił nadal stojąc na progu.
-Zwolnij!-zaśmiałam się.-Może najpierw wejdziesz?-spytałam.
-Jeżeli mogę to jasne.-uśmiechnął się uroczo i wszedł do holu.-Wow. Ale ja tu dawno nie byłem.-skwitował.
-Może chcesz coś pić? Jesteś głodny?
-Nie, nie. Mama nafaszerowała mnie naleśnikami.-wyjaśnił.-AHA! Chcesz jechać ze mną do Californi, moi rodzice mają tam domek letniskowy, a i tak mają dużo roboty więc nie mogą jechać i stwierdzili że ja mogę pojechać… Ale sam przecież nie pojadę. Chciałbym żebyś pojechała ze mną, wiesz jako przyjaciele, będzie tam jeszcze mój znajomy Roger.-podekscytowany powiedział
-BOŻE! CLYDE!-ryknęłam, a ten wyraźnie się przestraszył.-Jeszcze pytasz?! Jasne że chcę jechać! Tylko czy moi rodzice się zgodzą…-przerwałam
-Z tym nie ma najmniejszego problemu, moja mama kontaktowała się z Twoją przecież to przyjaciółki, i Twoja mama stwierdziła że przyda Ci się odpoczynek, więc jedziemy jutro rano.-puścił mi oczko, a ja tylko rzuciłam mu się na szyję i pisnęłam ze szczęścia.
-Cieszę się że się cieszysz i oczywiście że się zgadzasz.-powiedział Clyde, a ja dałam mu buziaka w policzek, po przyjacielsku, rzecz jasna….
-CLYDE!-ryknęłam niespodziewanie co wyrażała mina Clyde’a.
-EEEEEE?-wydukał nieogarnięty
-Muszę się jeszcze spakować, przecież jest 20! A jutro już jedziemy.-przypomniałam sobie
-No to ja już pójdę.-stwierdził i zaczął powoli obracać się w stronę drzwi.
-Nigdzie się nie wybierasz kolego, oj nie!-pociągnęłam go za rękę i wdrapałam się po schodach do mojego pokoju.
-I co ja mam tu niby robić?-zapytał rozglądając się po pokoju.
-No jak to co?! Będziesz mi doradzał jakie rzeczy mam wziąć.-oznajmiłam jakby było to takie oczywiste.
-Dwa słowa. O.Nie.-powiedział, walnął się na łóżko i zakrył twarz poduszką.
Czas płynął niemiłosiernie szybko! Clyde przymierzał moje ciuchy, a ja już chyba dostałam skrętu kiszek ze śmiechu, walizka była już prawie spakowana, na szczęście! Zostały tylko jakieś drobiażdżki do spakowania, ale to się spakuje rano.
-Będę już leciał, moja walizka jest nietknięta!-powiedział Clyde schodząc po schodach.
-Jasne.-uśmiechnęłam się lekko.
-Dobranoc księżniczko.-pocałował mnie w czubek głowy, poczułam się jak mała dziewczynka.-Przyjadę po Ciebie o 7:30!-orzekł, pomachał i zniknął w czarnej nocy.
Cieszę się że jedziemy, odpocznę od tego wszystkiego, od Justin’a, zapomnę po prostu, przy najmniej mam taką nadzieję.
Obudził mnie budzik o 5:00. Umyłam włosy, ubrałam się, dopakowałam i siedziałam w salonie, czekając na Clyde’a.
-Hej, ledwo się widzieliśmy a ty już jedziesz.-rzucił się na kanapę Paul.
-Tak jakby, a co będziesz tęsknił?-zapytałam i walnęłam mu muke.
-Jasne…że nie.-zaśmiał się i wystawił mi język.
-Wiem że będziesz.-wysłałam mu buziaka w powietrzu, siedzieliśmy chwilę w ciszy.
-Van…-zaczął nagle.
-Tak?-spytałam jakby zaniepokojona.
-Obiecaj mi że nie dasz się zranić… Proszę. Bo jak ktoś Cię tam zrani to obiecuję że jaja urwe. I wiesz… Nie rób żadnych głupot.-powiedział już miałam coś odpowiedzieć ale zadzwonił dzwonek. Podeszłam i otworzyłam drzwi to Clyde.
-Hejka. Gotowa do drogi?-zapytał radośnie na powitanie.
-Jasne.-odpowiedziałam i uśmiechnęłam się promiennie, całkowicie zapominając o prośbie Paul’a.
Clyde wziął moje bagaże i stanął w progu czekając na mnie.
-Trzeba już wyruszać.-oznajmiłam i odwróciłam się w stronę drzwi.
-Vanessa, obiecujesz?-zapytał na koniec
-Tak, obiecuję.-puściłam mu oczko i zamknęłam za sobą drzwi.
Ruszyłam wraz z Clydem w stronę auta. Usiadłam wygodnie i w drogę na lotnisko!
-Co mu obiecałaś?-spytał zaciekawiony Clyde odpalając silnik.
-Słodka tajemnica.-wystawiłam mu język.
-Od kiedy jesteś taka tajemnicza?-spojrzał na mnie badawczo kątem oka.
-Od zawsze, złociutki.-powiedziałam i wydęłam usta.
-Jasne, jasne. Nie ze mną takie bajeczki.-nie dawał za wygraną Clyde.
-Clyde… Grabisz sobie!-poinformowałam go, śmiejąc się jednocześnie.
-W to też nie uwierzę.-puścił mi oczko.
Naprawdę się cieszę na ten wyjazd, to niesamowite, po za tym trochę lepiej będzie pomiędzy mną i Clydem. Mam nadzieję.
-Już jesteśmy.-powiedział z bananem na twarzy Clyde.
-Ekstra.-wysiadłam z samochodu.
-Biorę bagaże i baju baju Kanada!-zaśmialiśmy się razem, a on tylko poczochrał moje włosy i otworzył bagażnik.
Doszliśmy do odprawy paszportowej, oczywiście nasze paszporty miałam ja.
-Daj mi paszport-powiedział zdecydowanie Clyde wyciągając do mnie rękę.
-Naturalnie.-odpowiedziałam i uśmiechnęłam się, zaczęłam szukać naszych dokumentów i biletów, ale za nic nie mogłam ich znaleźć. Byłam pewna że miałam je w torebce, ale w tej zaś torebce to ja mam wszystko, czyli: MOJA TOREBKA. Celnicy patrzyli się na mnie i na Clyde zniecierpliwieni i robili już się purpurowi, kiedy wykrzynęłam:
-MAAAM!-wyciągnęłam je z torebki i kontynuowaliśmy naszą odprawę.
Podróż minęła mi bardzo szybko, połowę lotu przespałam, połowę przesiedziałam na moim MacBook’u oglądając filmy i oczywiście gadałam z Clydem.
-Przed lotniskiem powinien już czekać Roger. Podwiezie nas do domku, ale nie martw się tam mamy własne auto.-mówił nie odrywając wzroku od taśmy, na której niecierpliwie rozglądaliśmy się za naszymi bagażami.
Kiedy nareszcie uporaliśmy się ze wszelkimi urokami lotniska, poszliśmy szukać niejakiego Roger’a......        

                                                                   

                                                               ..:C.D.N:..



Dla zakochanych! - For lovers!



*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*

<3 Kocham tę piosenkę!! <3         

:* <3 Pozdro dla zakochanych! :* <3   

*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*

 


niedziela, 26 lipca 2015

Obsada / Bohaterowie

 

Nikki Reed vs. Vanessa Swan ( Van, Nessa )




Justin Bieber vs. Jutin Bieber 




Dylan O'brien vs. Clyde Harris



.... vs. Sthephenie Meyer (Steffie )




Kellan Lutz vs. Ryan Lightwood 

Obraz z filmu - Saga Zmierzch: Przed Świtem.



 

Ashley Greene vs. Melissa Fray ( Lissa ) #przylepa

Obraz z filmu - Lol.





Miley Crus i Douglas Booth vs. Charlotte Morgenstern ( Lotte ) i Mike Hodge

Obraz z filmu - Lol.




Ki Hong Lee vs. Luca Wayland




...... vs.  "Psiapsióły" Melissy  




Peter Facinelli  vs. Ezra Cullen  

Obraz z filmu- Saga Zmierzch; Przed Świtem.

 

*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*&*

Tak według mojej przyjaciółki powinni wyglądać  bohaterowie mojej powieści... 

 Imiona i nazwiska są przypadkowe.....

Nazwiska zaczerpnięte z książki: Zmierzch i Dary Anioła

Jak dla mnie są nawet spoko :D 

Pozdrawiam, Gosia

Clyde czy Justin, wybieraj albo odejdź. cz.7

Ech... Ten brak pomysłów... No nic. Kolejny rozdział! Wszyscy happy! :p
P.s Chyba milion razy go poprawiałam... xD

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

Obudziłam się, a nawet nie pamiętam że zasnęłam, zaraz, CO?! 6:50! CHOLERA JASNA. Tak, niepunktualność to jest straszna cecha, za 10 minut odjazd, i w tempie błyskawicznym zaczęłam się ubierać, pakować ostatnie rzeczy i nawet nie zwróciłam uwagi na Justina z wielkim bananem na twarzy zaglądającego do okna, pożegnałam się ze Steph i czym prędzej podeszłam do Justina.
-Co się śmiejesz z mojej głupoty?-powiedziałam
-Jesteś słodka kiedy się śpieszysz.-uśmiechnął się uroczo i pocałował mnie namiętnie.
-No chodźcie gołąbeczki.-wyjrzał przez okno BMW Usher.
Wsiadłam wraz z Justinem do auta, szofer schował walizki, nie jestem przyzwyczajona do takiego luksusu. Totalnie!
-To auto chyba jest warte więcej niż mój dom.-zaśmiałam się
-Śmiem wątpić Van.-pocałował mnie w czoło
Całą drogę przegadaliśmy, co za skutkowało tym że droga wydawała się strasznie krótka, a to aż 2h drogi!
Wprost nienawidzę odprawy, tyle sprawdzania, cóż muszę się do tego przygotować psychicznie. Kiedy już zmierzałam w stronę pierwszej bramki, Justin pociągnął mnie za rękę.
-Gdzie ty idziesz? Nie ma odprawy paszportowej do prywatnych samolotów, tylko obsługa ma my nie.-oznajmił, nagle wokół nas pojawili się paparazzi
-Kim ona jest? To Twoja dziewczyna? –pytali, a raczej krzyczeli.
Znikąd pojawił się koło nas Kenny ochroniarz Justina i zrobił nam przejście, szybko uciekliśmy w stronę samolotu, przy wejściu do samolotu czekał już Usher i Kenny.
-ŁA TE? Ty się teleportujesz?-zmierzyłam go wzrokiem-Jestem Vanessa.-przedstawiłam się
-Wiem, kim jesteś, Justin w kółko o Tobie gada.-popatrzyłam się na Justina a ten tylko zarumienił się i wzruszył ramionami.-Jestem Kenny.
-Wiem.-uśmiechnęłam się i weszłam z Justinem za rękę do samolotu.
Wow, ten samolot jest niesamowity normalnie tu jest wszystko, musiałam wyglądać co najmniej dziwnie bo Justin powiedział:
-Też tak miałem za pierwszym razem.-i usiadł na kanapie, usiadłam koło niego.
Spokojnie wystartowaliśmy ciągle, przytulałam się z Justinem, jedliśmy chipsy, oglądaliśmy filmy.
-O BOŻE JUSTIN SPADAMY!-zakręciło mi się w głowie…
I spadliśmy na podłogę samolotu.
-Wow ta gra jest naprawdę, realistyczna, aż w głowie się kręci. A czego ty tu nie masz?-zażartowałam
-No wiesz wielu rzeczy.-uśmiechnął się i dał mi buziaka, w tym momencie do kabiny weszła stewardessa i oznajmiła że zaraz lądujemy. Te 10 godzin zleciało tak szybko.
Kiedy wyszliśmy z samolotu, jak zawsze nogi z waty, takie dziwne uczucie. Na lotnisku oczywiście rzuciły się na nas fanki Justina, właściwie one są miłe, cóż oprócz tych, które chcą abym umarła itp. Justin zrobił sobie z nimi kilka zdjęć, rozdał autografy, odpowiedział na pytania paparazzich i poszliśmy w stronę auta, które już na nas czekało. Lada chwila byliśmy już pod moim domem.
-Zobaczymy się później, zadzwonię.-powiedział i pocałował mnie na pożegnanie
-Okej, do zobaczenia.-szofer wyciągnął mi bagaż, chciał go zanieść ale uparłam się że nie trzeba. Weszłam do domu.
-HEEEEEEEEEEEEJ!-ryknęłam tak aby każdy mnie usłyszał, pierwsza do holu wbiegła mama.
-Hej słonko.-rzuciła się na mnie i mnie przytuliła, że zabrakło mi powietrza.
-Mamo! Ja chcę jeszcze żyć.-zaśmiałam się.
-Wiem, wiem.-zaśmiała się- Opowiadaj jak było! I kto cię przywiózł po dom, takim autem, bo to chyba nie Clyde…-puściła mi oczko.
-Mamo!-usiadłam na kanapie i rzuciłam w nią poduszką.-Dobra no ty było super! Po za tym że ja i Clyde nie jesteśmy już razem.-mama przejrzała mnie wzrokiem, opowiedziałam jej wszystko po krótce, oczywiście nie W S Z Y S T K O, bo są rzeczy o, których rodzice nie powinni widzieć.
-No to fajnie że było fajnie.-obie parsknęłyśmy śmiechem, moja mama jest całkiem spoko.
-Dobra, ja idę na górę, do pokoju, trza się ogarnąć.-uśmiechnęłam się, mama pomogła mi wtargać walizki na górę. Weszłam do pokoju, oczywiście syf, od kiedy skończyłam 13 lat mama mi już nie sprząta kiedy wyjeżdżam, choć w sumie nie jest tak źle, bywało gorzej. Padnięta rzuciłam się na łóżko i na chwilkę zamknęłam oczy…
Obudził mnie dzwonek BlackBerry, już 18, a myślałam że zamknęłam oczy dosłownie na 5 minut.
„Spotkamy się dzisiaj? –Justin”
Taka była treść budzącej wiadomości.
„Jasne, wpadnij za 30 minut, muszę się ogarnąć”
Bez chwili namysłu odpisałam. Weszłam do łazienki, ubrałam jakieś tam ubrania i ogólnie doprowadziłam się do porządku. Spakowałam torebkę i już miałam wychodzić, gdy do pokoju wparował mój brat Paul.
-Hej siora, widzę że wróciłaś… fajnym wozem.-wypalił, przeszmuglowałam go wzrokiem, nie zmienił się.
-Eeee, tak, bo jakbyś miał się obejść tym że siostra wróciła, tylko auto się liczy, co?-strzeliłam mu muke
-Nie no jasne że się liczysz, ale auto fajne.-zaśmiał się i zmierzwił mi włosy.
-Wszyscy tylko o tym aucie-zaśmiałam się.-Właśnie wychodziłam wybacz.-powiedziałam i wypchałam go za drzwi pokoju po czym zamknęłam je.
Zeszłam na dół Justin już czekał w swoim Lamborgini, dziwne z dnia na dzień zamienić zwykłe rzeczy na taki luksus. Weszłam do auta i zajęłam miejsce koło Justina, pocałowałam go na powitanie.
-Hejka, kotek.-powiedział i odpalił wóz
-Gdzie jedziemy?-spytałam zaciekawiona
-Zobaczysz.-puścił mi oczko.
Jechaliśmy w ciszy, która w cale nie była niezręczna, po prostu rozumiemy się bez słów, naprawdę jestem niesamowicie szczęśliwa z Justinem.
-Jesteśmy.-powiedział po chwili, zajrzałam przez szybę samochodu zobaczyłam jakąś leśną dróżkę. Wysiedliśmy z auta.-Zamknij oczy.-szepnął po chwili tajemniczo.
-Po co?-spytałam głupawo-Zaufaj mi.-powiedział, ufałam mu, więc nic innego mi nie pozostało jak się go słuchać. Justin objął mnie w pasie i prowadził w tajemnicze miejsce.
-Możesz otworzyć.-i zdjął dłonie z moich oczu.
-Wow.-aż buzia otworzyła mi się z wrażenia, Justin uśmiechnął się. Byliśmy nad małym jeziorkiem, na środku przygotowana była kolacja, a wokół były rozwieszone lampki.-To, to… jest piękne.-dodałam po chwili i pocałowałam go namiętnie, ta chwila mogłaby trwać wiecznie.
-Kocham Cię.-musnął moje wargi.
-Ja Ciebie też.-wtuliłam się do niego jeszcze mocniej.
Siedzieliśmy tak razem na kocu nawet nie wiem ile, godziny płynęły niczym minuty.
-Boję się.-powiedział nagle Justin
-Czego?-spytałam zdezorientowana
-Tego że pewnego dnia to wszystko zniknie, bo wiesz sława, po prostu mi Cię zabiorą…-uciął jakby miał coś jeszcze powiedzieć, ale zrezygnował.
-Nie zabiorą, właściwie to też się tego boje, ale wierze w nas Justin.-podniosłam go na duchu
-Vanessa, jesteś niesamowita.-stwierdził i uśmiechnął się do mnie.
-Jutro robię obiad, przyjdź do mnie o 15:00. Musisz poznać moich rodziców.-zmierzwiłam mu włosy
-Mam nadzieję że mnie nie zjedzą.-zaśmiał się uroczo.
-Na pewno nie!-zaczęłam się śmiać.
-Późno już, chyba powinienem Cię odwieźć do domu, muszę zrobić dobre wrażanie.-puścił mi oczko.
-Masz rację, chodźmy.-zgodziłam się i ruszyliśmy w stronę auta.
Wróciłam do domu i cicho wczołgałam się na górę, bezsilna opadłam na łóżko i zasnęłam.
Wstałam wcześnie rano, żeby mieć czas na ogarnięcie, przygotowanie obiadu, itp.
Cały poranek i popołudnie krzątałam się w kuchni, to przygotowywałam stół, kiedy wszystko było już gotowe, nie zostało mi nic innego jak przygotować się i wyczekiwać na Justina. Weszłam do pokoju z szafy wygrzebałam strój, który wcześniej zaprojektowała dla mnie na specjalne okazje Steph (KLIK).
Dochodziła już 15, zadzwonił dzwonek, rozradowana zbiegłam na dół i otworzyłam drzwi, zobaczyłam Justin’a.
-Śliczne wyglądasz.-powiedział na powitanie i pocałował mnie.
-Rodzice już czekają.-szepnęłam mu do ucha.
Weszliśmy trzymając się za ręce do jadalni.
-Jakie gołąbeczki.-zaśmiał się tato.
Kiedy poszłam po pierwsze danie rodzice pochłonęli się rozmową z Justinem, można bardziej podciągnąć to pod przesłuchanie, ale cóż to przecież rodzice. Obiad mijał w fajnej atmosferze, rodzice polubili Justina i dobrze bo na razie nie zamierzam się z nim rozstawać.
-Muszę Wam coś ważnego powiedzieć.-wstałam od stołu i oznajmiłam.
Rodzice wymienili się spojrzeniami, a Justin spojrzał na mnie wyczekująco, wbił we mnie te swoje śliczne czekoladowe ślepia.
-Więc…Długo zastanawiałam się jak Wam to powiedzieć, wiem że to może być dla Nas wszystkich trudne, ale to czas żebyście się dowiedzieli…Jestem w ciąży.-powiedziałam.
-CO?-ryknął Justin.-Z kim?
-No, z Tobą.-zachowanie Justina trochę mnie zdezorientowało.
-Chyba sobie żartujesz, puszczasz się na prawo i lewo i chcesz mi wcisnąć jakiegoś bachora? Pojebało Cię! JA jestem gwiazdą, jestem sławny, JA, nie ty. Więc to może zagrozić tylko mi, te Twoje wymyślane bajeczki. Jesteś zwykłą dziwką.-w tym momencie trzasnął drzwiami i wyszedł, zaczęłam płakać, nie mogłam pozbierać myśli, nagle poczułam straszny ból u dołu brzucha, zaczęłam krwawić, wystraszeni i z lekka zdezorientowani rodzice podbiegli do mnie… Przyjechała karetka…
Obudziłam się, ale nie otworzyłam oczu, jedyne co poczułam to straszny ból głowy, nie słyszałam głosów, a może nie zwracałam na nie uwagi? Przypomniało mi się co wydarzyło się wczoraj, pomyślałam że to koszmar, gwałtowanie otworzyłam oczy i doznałam szoku.
-Obudziła się.-powiedziała jedna z nachylonych nade mną głów.
-Zaraz, co się dzieje? Gdzie jestem?-pytałam oszołomiona, obraz jeszcze nie był stabilny.
-Van, kochanie. Jesteś w szpitalu, wczoraj zaczęłaś się wykrwawiać od środka i zemdlałaś z powodu za dużej straty krwi.-objaśniła mi mama i pogłaskała mnie lekko po głowie, milczałam nie mogłam wykrztusić z siebie słowa, ciągle myślałam o tym co się stało wczoraj.
-A co z dzieckiem?-zapytałam nagle zaniepokojona
-Płód został uszkodzony ze względu na stres i brak tlenu, po za tym zabrakło mu krwi. Lekarze usunęli płód dziś w nocy.-do Sali wszedł lekarz, rozpłakałam się. Zabiłam małego człowieka… Tak wcześnie.
-Chcę być sama.-powiedziałam oschle. Rodzice wraz z lekarzem wyszli jak poparzeni. Wbiłam wzrok w śnieżnobiały sufit, leżałam tak i się nie ruszałam. Nagle do Sali wszedł jakiś chłopak, widziałam jeszcze słabo więc nie rozpoznałam go.
-Mnie też nie chcesz widzieć? Nie dziwię się.-powiedział to zdecydowanie Clyde, uśmiechnęłam się automatycznie, cieszyłam się że jeszcze o mnie pamięta.
-Cieszę się że jesteś Clyde.-powiedziałam a ten usiadł na krzesełku koło łóżka.
-Tęskniłem.-szepnął
-Ja też.-uśmiechnęłam się.-ale wiesz co? Dziwię się że nie jesteś na mnie zły… Zachowałam się okropnie, ja Cie przecież zdradziłam…
-Vanessa, to nie ważne. Wiele się wydarzyło. Ja też Cię zdradziłem. Z resztą Melissa to okropna zdzira.-zaśmiał się.
-Czyli nic między wami nie wyszło?-spytałam z nutką nadziei w głosie.
-Nie.-stwierdził kategorycznie.-Właściwie to nigdy nie byłem na Ciebie zły.
-Więc jaki byłeś?
-Nie wiem. Wiem że byłem zły na siebie, dalej jestem, bo dałem Ci odejść z tym skończonym dupkiem, nie powinienem, zobacz do jakiego stanu on Cię doprowadził, obiecuje Ci że już nigdy na to nie pozwolę. Nawet jeżeli to nie było moje dziecko… Wychowałbym je z Tobą. -po tych słowach nastąpiła chwila ciszy.
-Chcę Cię mieć w swoim życiu Clyde.-przerwałam cisze.
-Ja Ciebie też Van.-zgodził się.
-Ale jako przyjaciela, za dużo ostatnio przeżyłam żeby podejmować jakieś poważniejsze decyzje. Po za tym nie chcę Cię znów ranić. Przepraszam.-powiedziałam, a Clyde tylko uśmiechnął się.
-Nie masz za co mnie przepraszać, po za tym wina leżała po obu stronach, po prostu zapomnijmy o tym co się wydarzyło. I szanuję Twoją decyzję będziesz niesamowitą przyjaciółką.-skwitował i zmierzwił mi włosy.
-Ty będziesz niesamowitym przyjacielem, jestem tego pewna.-uśmiechnęłam się promiennie.-Zabiłam je.-dodałam po chwili przypominając sobie co się stało.
-O czym ty mówisz?-spytał Clyde zmartwiony
-Dziecko, zabiłam je.-powtarzałam w kółko
-Uspokój się, to nie Twoja wina. Nie chciałaś Vanessa.-Clyde musnął ręką mój policzek.
-Ale zabiłam je.-wciąż powtarzałam.
-Nie, nie mów tak.-powiedział kategorycznie
-Serio tak uważasz?-słabo podniosłam wzrok i popatrzyłam mu w czekoladowe oczy
-Tak, nic nie zrobiłaś, to ten dupek Justin. Po prostu się nie przejmuj. Muszę już iść.-powiedział Clyde –Właśnie! Byłbym zapomniał, mam coś dla Ciebie.- i wygrzebał z kieszeni pudełeczko z, którego wyciągnął śliczny wisiorek z napisem ‘hope’.
-Jesteś prześliczny! Dziękuję.-powiedziałam i aż łezka zakręciła mi się w oku, tak bardzo się cieszę że mam go przy sobie.-Pa, wpadniesz później?-spytałam z nadzieją.
-Jasne, trzymaj się.-powiedział i wyszedł z Sali.
-Kocham Cię.-szepnęłam niesłyszalnie. 


****~****~****~****~****



*&*&*&*&*&*&*&*&
Pozdro dla tych, który to jeszcze czytają :* 
Gosiak. ^,^