(...)
-Kocham Cię.-szepnęłam niesłyszalnie.
Choć wciąż byłam świadoma tego co się stało to starałam się zapomnieć, szło mi opornie, ale leżałam z bananem na twarzy, byłam szczęśliwa że mam tak wspaniałego przyjaciela, wiem że nie będę mogła szybko zapomnieć o tym co zaszło, ale będę musiała przynajmniej próbować.
„Jadę do Ciebie z Charlotte! –Stephanie”
Dostałam nagle sms-a, nawet nie odpisałam, bo wiedziałam że dziewczyny zaraz dotrą na miejsce i nie myliłam się do Sali wbiegła wyraźnie wystraszona Steffie, a Char weszła za nią z nie lepszym wrażeniem.
-JEZU NIC CI NIE JEST?!-wydarły się obie
-Cicho, tu są też inni ludzie.-skarciłam je.-Nie już się czuje lepiej…ale to wciąż boli...-zawahałam się.
-My wiemy Van… Może to i lepiej. Los tak chciał, wszystko się ułoży.-pocieszała mnie Char.
-Clyde tu był.-powiedziałam
-BYŁ?-ryknęła znów Steph.
-Cicho.-znów zwróciłam jej uwagę.-No tak był, powiedział że nie jest na mnie zły i stwierdziliśmy że będziemy przyjaciółmi… Spróbujemy być.-dokończyłam
-Będziecie, niesamowitymi przyjaciółmi, jestem pewna, los chce Was połączyć.-stwierdziła Lottie.
-A ty czemu nie u Luci?-spytałam z zaciekawieniem
-Wylatuję jutro.-oznajmiła.
-Super.-ucieszyłam się.-Fajnie że wreszcie będziecie razem.-powiedziałam.
-Przepraszam, czas odwiedzin już się skończył.-przerwała nam wchodząca pielęgniarka.
-Naturalnie.-zaczęła Steffie.-Już idziemy.-dokończyła.
-Zobaczymy się w szkole.-pożegnała się Char i przytuliła mnie.
-A ja jeszcze do Ciebie wpadnę!-powiedziała Stephanie i wyszła.
Byłam już zmęczona tymi wszystkimi odwiedzinami. Zasnęłam po jakiś pięciu minutach od wyjścia dziewczyn, oczywiście z bananem na twarzy.
Obudziły mnie głos jednego z lekarzy, nie otworzyłam oczu, chciałam posłuchać co mówią, może czegoś się dowiem.
-Ile jej dajemy?-zapytał jeden wyraźnie męski głos.
-Góra 2 dni.-odpowiedział oschle drugi, również męski głos.
Otworzyłam oczy, a lekarze zdążyli już wyjść z Sali. Łza potoczyła się po moim policzku. Nie chcę umierać, przynajmniej nie teraz… Chociaż, kiedyś chciałam umrzeć, pamiętam jak próbowałam odebrać sobie życie, kolejne łzy płynęły po policzkach niczym krople deszczu spadające na nic nie świadome o źle miasto, ale teraz już ten okropny czas minął. Nie mogę umrzeć… Jasne, że mogę, tylko że ja nie chcę.
Leżałam i myślałam co będzie gdy do Sali wszedł Paul.
-No co mała? Dziś Cię wypisują.-powiedział na wstępie i poczochrał mi włosy.
-Jak to? Ale rozmowa lekarzy…-stwierdziłam zakłopotana.
-Co rozmowa lekarzy?-spojrzał na mnie dziwnie Paul
-No bo..-ucięłam, aby się zastanowić.-Nie ważne.-dodałam po chwili i uśmiechnęłam się złudnie, przecież jeżeli nic mi nie jest to mnie wypiszą może mówili o kimś innym, może usłyszałam tylko kawałek rozmowy muszę myśleć racjonalnie.
-Musze coś załatwić jeszcze na mieście, za ten czas się spakuj, ja przyjdę po Ciebie około 13, rodzice nie mają czasu, a z pracy zwolnić się nie mogą, ale kazali Ci przekazać buziaki.-po tych słowach dał mi buziaka w policzek i wyszedł z Sali, a ja tylko uśmiechnęłam się lekko.
Do trzynastej mam jeszcze cztery godziny więc znając życie spakuję się dopiero jakieś piętnaście minut przed. Z szafki, która stała tuż obok mojego szpitalnego łóżka wyjęłam telefon, gdyż chyba przeleżałam już tam lata świetlne, nawet sama nie pamiętam kiedy go sprawdzałam, spojrzałam na ekran, wyłączony. Przytrzymałam dłużej czerwoną słuchawkę by go włączyć, ekstra, rozładowany, weź teraz szukaj ładowarki, wygrzebałam ją gdzieś z torby i podłączyłam telefon, sprawdziłam wiadomości, wygrałam BMW, cóż za szczęście, ostatnio jakoś właśnie nie mam szczęścia, żadnej wiadomości od Justin’a, dlaczego ja się łudziłam że on napisze? Przecież to skończony drań nienawidzę go za to co mi zrobił, nigdy mu tego nie wybaczę i już nigdy nie chcę spojrzeć mu w tego jego pię… okropne, zdradliwe czekoladowe oczy… Od razu zobaczyłam je w myślach, przypomniało mi się jak na mnie patrzy, zrobiło mi się jakoś tak pusto… Łzy zaczęły lecieć mi po policzkach, starłam je szybko, najważniejsze już nigdy nie będę przez niego płakać. Nigdy! Wśród sms-ów był jeden, który wywołał wieeelki uśmiech na mojej twarzy.
„Jak się trzymasz księżniczko? Słyszałem że wychodzisz, mam niespodziankę- Clyde”
Czytałam w kółko słowo ‘księżniczka’ i uśmiechałam się do siebie jak głupia.
-Może przez ten szpital już całkiem mi odbiło?-zaśmiałam się sama do siebie.
„Dobrze, zależy czy chodzi Ci o moje zdrowie psychiczne czy fizyczne… Niespodziankę? Brzmi nieźle, ale nic nie musisz robić…”
Wyskrobałam choć nie tak szybko jak kiedyś, tak dawno nie pisałam sms-ów że już wyszłam z wprawy!
„O te i o te. ;) Nie muszę, a może chcę?”
Dostałam po paru sekundach odpowiedź, jaki on jest słodki, od razu nasunęło mi się na myśl.
„Cieszę się że jesteś Clyde”
Odpisałam tak szybko jak tylko mogłam i uśmiechnęłam się, naprawdę byłam szczęśliwa, że mam kogoś tak niesamowitego jak on… Ciekawe jak to by było znów być razem… Zaraz! Vanessa, ogar! Nie mieszaj się teraz w żadne związki, mało Ci tego ile przeszłaś, mało Ci?! Moje sumienie gadało same do mnie, paranoja, fiksuję już, dobrze że już wychodzę, bo potem by mnie musieli zamknąć w wariatkowie… Grałam w gry na moim BlackBerry i tak minęły mi trzy godziny, stwierdzam że już muszę się pakować.
Spakowałam się i po około dwudziestu minutach był już tu Paul.
-Co tak wcześnie?-zapytałam na początek.
-A co to źle? Chcesz może tu zostać załatwię Ci…-zaśmiał się szyderczo
-NIE! NIGDY WIĘCEJ!-ryknęłam jak obłąkana
-Teraz to Ci się chyba psychiatryk przyda, zawsze o tym wiedziałem.-zaśmiał się jeszcze bardziej, rzuciłam mu piorunujące spojrzenie. Moja hipoteza się sprawdza- sfiksowałam.
-Ha,ha bardzo śmieszne.-zadrwiłam.-Idę się przebrać, bo ktoś tu mi nie dał czasu, gdyż przyjechał za wcześnie.-rzuciłam mu spojrzenie i mijając go poszłam do łazienki.
Nareszcie mogę wyjść z tej okropnej szpitalnej piżamy, nareszcie moje conversy! Ubrałam się zwinnie i wróciłam do Paul’a, który już trzymał w ręku moją torbę, i był zwarty do wyjścia. Zeszliśmy na dół, wsiedliśmy do auta.
-Zapnij pasy.-rozkazał Paul, zapalając silnik.
-Tak jest panie kapitanie!-wybuchłam śmiechem, a ten tylko popatrzył się na mnie dziwnie.
-Paul…-zaczęłam.
-Tak?-odpowiedział, ale był taki skupiony na drodze że nawet nie popatrzył na mnie kątem oka.
-Możemy jechać do Mc’Donalds, mam ochotę zjeść coś normalnego.-powiedziałam.
-Jasne, chyba przez to jedzenie szpitalne straciłaś z dziesięć kilo, i teraz jesteś jeszcze chudsza niż trup ciotki Katie.-zaśmiał się i skręcił w stronę Mc.
-Dzięki że porównujesz mnie do trupa, miło nie ma co!- strzeliłam mu muke, a on wreszcie raczył się na mnie popatrzyć, lecz trwało to nie więcej niż 3 sekundy, bo przypomniał sobie że jeszcze jedzie.
Samochód stanął, wyszłam i ruszyłam w stronę drzwi do Mc’Donalds, a Clyde wraz za mną. Kiedy weszłam od razu uśmiech z mojej twarzy zniknął, stanęłam, Paul prześwidrował mnie wzrokiem.
-Melissa.-wysyczałam przez zęby, Paul widocznie wpadł w zakłopotanie i tylko pociągnął mnie za rękę w stronę kasy, minięcie jej było nie uniknione.
-Hej skarbie.-zaświergotała niczym ZDRADLIWY OBRZYDLIWY kanarek.
-Em, nara?-odpowiedziałam oschle.
-Oh, co ty taka nie miła? A kim jest ten przystojniak?-zapytała i przysunęła się w stronę Paul’a, który nie wiedział co się dzieje i wyglądał co najmniej śmiesznie.
-To jest...
-Paul, Vanessa mam swój głos.-przerwał mi.
-Nie ważne, chodź Paul idziemy.-szarpnęłam go w stronę kasy, a Melissa wyraźnie zauważyła że nic tu nie zdziała i po prostu ulotniła się.
-Nigdy więcej z nią nie gadaj.-rozkazałam mu wkurzona.
-Nie mam zamiaru.-powiedział
-Co chcesz?-zapytałam nagle o wiele milej.
-Czy ja wiem… Właściwie nie jestem głodny, wezmę tylko BigMac’a.-stwierdził.- A ty? Ja płacę.-zapytał i oznajmił.
-Jak chcesz, nie będę się kłócić.-zaśmiałam się.-Jestem głodna jak wilk! Mc’Zestaw z McChicken’em poproszę.-wystawiłam mu język. Paul zamówił jedzenie i poszliśmy do auta, bo stwierdziliśmy że zjemy w domu.
Po południe spędziłam w domu trochę oglądając telewizję z Paul’em, a potem siedziałam i przeglądałam sieć, gdy zadzwonił dzwonek… Zbiegłam na dół i otworzyłam drzwi.
-Hej!-powiedział wesoły Clyde i dał mi buziaka w policzek.
-Hej.-odpowiedziałam nieco zdezorientowana.
-Mam niespodziankę!-oznajmił nadal stojąc na progu.
-Zwolnij!-zaśmiałam się.-Może najpierw wejdziesz?-spytałam.
-Jeżeli mogę to jasne.-uśmiechnął się uroczo i wszedł do holu.-Wow. Ale ja tu dawno nie byłem.-skwitował.
-Może chcesz coś pić? Jesteś głodny?
-Nie, nie. Mama nafaszerowała mnie naleśnikami.-wyjaśnił.-AHA! Chcesz jechać ze mną do Californi, moi rodzice mają tam domek letniskowy, a i tak mają dużo roboty więc nie mogą jechać i stwierdzili że ja mogę pojechać… Ale sam przecież nie pojadę. Chciałbym żebyś pojechała ze mną, wiesz jako przyjaciele, będzie tam jeszcze mój znajomy Roger.-podekscytowany powiedział
-BOŻE! CLYDE!-ryknęłam, a ten wyraźnie się przestraszył.-Jeszcze pytasz?! Jasne że chcę jechać! Tylko czy moi rodzice się zgodzą…-przerwałam
-Z tym nie ma najmniejszego problemu, moja mama kontaktowała się z Twoją przecież to przyjaciółki, i Twoja mama stwierdziła że przyda Ci się odpoczynek, więc jedziemy jutro rano.-puścił mi oczko, a ja tylko rzuciłam mu się na szyję i pisnęłam ze szczęścia.
-Cieszę się że się cieszysz i oczywiście że się zgadzasz.-powiedział Clyde, a ja dałam mu buziaka w policzek, po przyjacielsku, rzecz jasna….
-CLYDE!-ryknęłam niespodziewanie co wyrażała mina Clyde’a.
-EEEEEE?-wydukał nieogarnięty
-Muszę się jeszcze spakować, przecież jest 20! A jutro już jedziemy.-przypomniałam sobie
-No to ja już pójdę.-stwierdził i zaczął powoli obracać się w stronę drzwi.
-Nigdzie się nie wybierasz kolego, oj nie!-pociągnęłam go za rękę i wdrapałam się po schodach do mojego pokoju.
-I co ja mam tu niby robić?-zapytał rozglądając się po pokoju.
-No jak to co?! Będziesz mi doradzał jakie rzeczy mam wziąć.-oznajmiłam jakby było to takie oczywiste.
-Dwa słowa. O.Nie.-powiedział, walnął się na łóżko i zakrył twarz poduszką.
Czas płynął niemiłosiernie szybko! Clyde przymierzał moje ciuchy, a ja już chyba dostałam skrętu kiszek ze śmiechu, walizka była już prawie spakowana, na szczęście! Zostały tylko jakieś drobiażdżki do spakowania, ale to się spakuje rano.
-Będę już leciał, moja walizka jest nietknięta!-powiedział Clyde schodząc po schodach.
-Jasne.-uśmiechnęłam się lekko.
-Dobranoc księżniczko.-pocałował mnie w czubek głowy, poczułam się jak mała dziewczynka.-Przyjadę po Ciebie o 7:30!-orzekł, pomachał i zniknął w czarnej nocy.
Cieszę się że jedziemy, odpocznę od tego wszystkiego, od Justin’a, zapomnę po prostu, przy najmniej mam taką nadzieję.
Obudził mnie budzik o 5:00. Umyłam włosy, ubrałam się, dopakowałam i siedziałam w salonie, czekając na Clyde’a.
-Hej, ledwo się widzieliśmy a ty już jedziesz.-rzucił się na kanapę Paul.
-Tak jakby, a co będziesz tęsknił?-zapytałam i walnęłam mu muke.
-Jasne…że nie.-zaśmiał się i wystawił mi język.
-Wiem że będziesz.-wysłałam mu buziaka w powietrzu, siedzieliśmy chwilę w ciszy.
-Van…-zaczął nagle.
-Tak?-spytałam jakby zaniepokojona.
-Obiecaj mi że nie dasz się zranić… Proszę. Bo jak ktoś Cię tam zrani to obiecuję że jaja urwe. I wiesz… Nie rób żadnych głupot.-powiedział już miałam coś odpowiedzieć ale zadzwonił dzwonek. Podeszłam i otworzyłam drzwi to Clyde.
-Hejka. Gotowa do drogi?-zapytał radośnie na powitanie.
-Jasne.-odpowiedziałam i uśmiechnęłam się promiennie, całkowicie zapominając o prośbie Paul’a.
Clyde wziął moje bagaże i stanął w progu czekając na mnie.
-Trzeba już wyruszać.-oznajmiłam i odwróciłam się w stronę drzwi.
-Vanessa, obiecujesz?-zapytał na koniec
-Tak, obiecuję.-puściłam mu oczko i zamknęłam za sobą drzwi.
Ruszyłam wraz z Clydem w stronę auta. Usiadłam wygodnie i w drogę na lotnisko!
-Co mu obiecałaś?-spytał zaciekawiony Clyde odpalając silnik.
-Słodka tajemnica.-wystawiłam mu język.
-Od kiedy jesteś taka tajemnicza?-spojrzał na mnie badawczo kątem oka.
-Od zawsze, złociutki.-powiedziałam i wydęłam usta.
-Jasne, jasne. Nie ze mną takie bajeczki.-nie dawał za wygraną Clyde.
-Clyde… Grabisz sobie!-poinformowałam go, śmiejąc się jednocześnie.
-W to też nie uwierzę.-puścił mi oczko.
Naprawdę się cieszę na ten wyjazd, to niesamowite, po za tym trochę lepiej będzie pomiędzy mną i Clydem. Mam nadzieję.
-Już jesteśmy.-powiedział z bananem na twarzy Clyde.
-Ekstra.-wysiadłam z samochodu.
-Biorę bagaże i baju baju Kanada!-zaśmialiśmy się razem, a on tylko poczochrał moje włosy i otworzył bagażnik.
Doszliśmy do odprawy paszportowej, oczywiście nasze paszporty miałam ja.
-Daj mi paszport-powiedział zdecydowanie Clyde wyciągając do mnie rękę.
-Naturalnie.-odpowiedziałam i uśmiechnęłam się, zaczęłam szukać naszych dokumentów i biletów, ale za nic nie mogłam ich znaleźć. Byłam pewna że miałam je w torebce, ale w tej zaś torebce to ja mam wszystko, czyli: MOJA TOREBKA. Celnicy patrzyli się na mnie i na Clyde zniecierpliwieni i robili już się purpurowi, kiedy wykrzynęłam:
-MAAAM!-wyciągnęłam je z torebki i kontynuowaliśmy naszą odprawę.
Podróż minęła mi bardzo szybko, połowę lotu przespałam, połowę przesiedziałam na moim MacBook’u oglądając filmy i oczywiście gadałam z Clydem.
-Przed lotniskiem powinien już czekać Roger. Podwiezie nas do domku, ale nie martw się tam mamy własne auto.-mówił nie odrywając wzroku od taśmy, na której niecierpliwie rozglądaliśmy się za naszymi bagażami.
Kiedy nareszcie uporaliśmy się ze wszelkimi urokami lotniska, poszliśmy szukać niejakiego Roger’a......
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz