niedziela, 26 lipca 2015

Clyde czy Justin, wybieraj albo odejdź. cz.7

Ech... Ten brak pomysłów... No nic. Kolejny rozdział! Wszyscy happy! :p
P.s Chyba milion razy go poprawiałam... xD

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

Obudziłam się, a nawet nie pamiętam że zasnęłam, zaraz, CO?! 6:50! CHOLERA JASNA. Tak, niepunktualność to jest straszna cecha, za 10 minut odjazd, i w tempie błyskawicznym zaczęłam się ubierać, pakować ostatnie rzeczy i nawet nie zwróciłam uwagi na Justina z wielkim bananem na twarzy zaglądającego do okna, pożegnałam się ze Steph i czym prędzej podeszłam do Justina.
-Co się śmiejesz z mojej głupoty?-powiedziałam
-Jesteś słodka kiedy się śpieszysz.-uśmiechnął się uroczo i pocałował mnie namiętnie.
-No chodźcie gołąbeczki.-wyjrzał przez okno BMW Usher.
Wsiadłam wraz z Justinem do auta, szofer schował walizki, nie jestem przyzwyczajona do takiego luksusu. Totalnie!
-To auto chyba jest warte więcej niż mój dom.-zaśmiałam się
-Śmiem wątpić Van.-pocałował mnie w czoło
Całą drogę przegadaliśmy, co za skutkowało tym że droga wydawała się strasznie krótka, a to aż 2h drogi!
Wprost nienawidzę odprawy, tyle sprawdzania, cóż muszę się do tego przygotować psychicznie. Kiedy już zmierzałam w stronę pierwszej bramki, Justin pociągnął mnie za rękę.
-Gdzie ty idziesz? Nie ma odprawy paszportowej do prywatnych samolotów, tylko obsługa ma my nie.-oznajmił, nagle wokół nas pojawili się paparazzi
-Kim ona jest? To Twoja dziewczyna? –pytali, a raczej krzyczeli.
Znikąd pojawił się koło nas Kenny ochroniarz Justina i zrobił nam przejście, szybko uciekliśmy w stronę samolotu, przy wejściu do samolotu czekał już Usher i Kenny.
-ŁA TE? Ty się teleportujesz?-zmierzyłam go wzrokiem-Jestem Vanessa.-przedstawiłam się
-Wiem, kim jesteś, Justin w kółko o Tobie gada.-popatrzyłam się na Justina a ten tylko zarumienił się i wzruszył ramionami.-Jestem Kenny.
-Wiem.-uśmiechnęłam się i weszłam z Justinem za rękę do samolotu.
Wow, ten samolot jest niesamowity normalnie tu jest wszystko, musiałam wyglądać co najmniej dziwnie bo Justin powiedział:
-Też tak miałem za pierwszym razem.-i usiadł na kanapie, usiadłam koło niego.
Spokojnie wystartowaliśmy ciągle, przytulałam się z Justinem, jedliśmy chipsy, oglądaliśmy filmy.
-O BOŻE JUSTIN SPADAMY!-zakręciło mi się w głowie…
I spadliśmy na podłogę samolotu.
-Wow ta gra jest naprawdę, realistyczna, aż w głowie się kręci. A czego ty tu nie masz?-zażartowałam
-No wiesz wielu rzeczy.-uśmiechnął się i dał mi buziaka, w tym momencie do kabiny weszła stewardessa i oznajmiła że zaraz lądujemy. Te 10 godzin zleciało tak szybko.
Kiedy wyszliśmy z samolotu, jak zawsze nogi z waty, takie dziwne uczucie. Na lotnisku oczywiście rzuciły się na nas fanki Justina, właściwie one są miłe, cóż oprócz tych, które chcą abym umarła itp. Justin zrobił sobie z nimi kilka zdjęć, rozdał autografy, odpowiedział na pytania paparazzich i poszliśmy w stronę auta, które już na nas czekało. Lada chwila byliśmy już pod moim domem.
-Zobaczymy się później, zadzwonię.-powiedział i pocałował mnie na pożegnanie
-Okej, do zobaczenia.-szofer wyciągnął mi bagaż, chciał go zanieść ale uparłam się że nie trzeba. Weszłam do domu.
-HEEEEEEEEEEEEJ!-ryknęłam tak aby każdy mnie usłyszał, pierwsza do holu wbiegła mama.
-Hej słonko.-rzuciła się na mnie i mnie przytuliła, że zabrakło mi powietrza.
-Mamo! Ja chcę jeszcze żyć.-zaśmiałam się.
-Wiem, wiem.-zaśmiała się- Opowiadaj jak było! I kto cię przywiózł po dom, takim autem, bo to chyba nie Clyde…-puściła mi oczko.
-Mamo!-usiadłam na kanapie i rzuciłam w nią poduszką.-Dobra no ty było super! Po za tym że ja i Clyde nie jesteśmy już razem.-mama przejrzała mnie wzrokiem, opowiedziałam jej wszystko po krótce, oczywiście nie W S Z Y S T K O, bo są rzeczy o, których rodzice nie powinni widzieć.
-No to fajnie że było fajnie.-obie parsknęłyśmy śmiechem, moja mama jest całkiem spoko.
-Dobra, ja idę na górę, do pokoju, trza się ogarnąć.-uśmiechnęłam się, mama pomogła mi wtargać walizki na górę. Weszłam do pokoju, oczywiście syf, od kiedy skończyłam 13 lat mama mi już nie sprząta kiedy wyjeżdżam, choć w sumie nie jest tak źle, bywało gorzej. Padnięta rzuciłam się na łóżko i na chwilkę zamknęłam oczy…
Obudził mnie dzwonek BlackBerry, już 18, a myślałam że zamknęłam oczy dosłownie na 5 minut.
„Spotkamy się dzisiaj? –Justin”
Taka była treść budzącej wiadomości.
„Jasne, wpadnij za 30 minut, muszę się ogarnąć”
Bez chwili namysłu odpisałam. Weszłam do łazienki, ubrałam jakieś tam ubrania i ogólnie doprowadziłam się do porządku. Spakowałam torebkę i już miałam wychodzić, gdy do pokoju wparował mój brat Paul.
-Hej siora, widzę że wróciłaś… fajnym wozem.-wypalił, przeszmuglowałam go wzrokiem, nie zmienił się.
-Eeee, tak, bo jakbyś miał się obejść tym że siostra wróciła, tylko auto się liczy, co?-strzeliłam mu muke
-Nie no jasne że się liczysz, ale auto fajne.-zaśmiał się i zmierzwił mi włosy.
-Wszyscy tylko o tym aucie-zaśmiałam się.-Właśnie wychodziłam wybacz.-powiedziałam i wypchałam go za drzwi pokoju po czym zamknęłam je.
Zeszłam na dół Justin już czekał w swoim Lamborgini, dziwne z dnia na dzień zamienić zwykłe rzeczy na taki luksus. Weszłam do auta i zajęłam miejsce koło Justina, pocałowałam go na powitanie.
-Hejka, kotek.-powiedział i odpalił wóz
-Gdzie jedziemy?-spytałam zaciekawiona
-Zobaczysz.-puścił mi oczko.
Jechaliśmy w ciszy, która w cale nie była niezręczna, po prostu rozumiemy się bez słów, naprawdę jestem niesamowicie szczęśliwa z Justinem.
-Jesteśmy.-powiedział po chwili, zajrzałam przez szybę samochodu zobaczyłam jakąś leśną dróżkę. Wysiedliśmy z auta.-Zamknij oczy.-szepnął po chwili tajemniczo.
-Po co?-spytałam głupawo-Zaufaj mi.-powiedział, ufałam mu, więc nic innego mi nie pozostało jak się go słuchać. Justin objął mnie w pasie i prowadził w tajemnicze miejsce.
-Możesz otworzyć.-i zdjął dłonie z moich oczu.
-Wow.-aż buzia otworzyła mi się z wrażenia, Justin uśmiechnął się. Byliśmy nad małym jeziorkiem, na środku przygotowana była kolacja, a wokół były rozwieszone lampki.-To, to… jest piękne.-dodałam po chwili i pocałowałam go namiętnie, ta chwila mogłaby trwać wiecznie.
-Kocham Cię.-musnął moje wargi.
-Ja Ciebie też.-wtuliłam się do niego jeszcze mocniej.
Siedzieliśmy tak razem na kocu nawet nie wiem ile, godziny płynęły niczym minuty.
-Boję się.-powiedział nagle Justin
-Czego?-spytałam zdezorientowana
-Tego że pewnego dnia to wszystko zniknie, bo wiesz sława, po prostu mi Cię zabiorą…-uciął jakby miał coś jeszcze powiedzieć, ale zrezygnował.
-Nie zabiorą, właściwie to też się tego boje, ale wierze w nas Justin.-podniosłam go na duchu
-Vanessa, jesteś niesamowita.-stwierdził i uśmiechnął się do mnie.
-Jutro robię obiad, przyjdź do mnie o 15:00. Musisz poznać moich rodziców.-zmierzwiłam mu włosy
-Mam nadzieję że mnie nie zjedzą.-zaśmiał się uroczo.
-Na pewno nie!-zaczęłam się śmiać.
-Późno już, chyba powinienem Cię odwieźć do domu, muszę zrobić dobre wrażanie.-puścił mi oczko.
-Masz rację, chodźmy.-zgodziłam się i ruszyliśmy w stronę auta.
Wróciłam do domu i cicho wczołgałam się na górę, bezsilna opadłam na łóżko i zasnęłam.
Wstałam wcześnie rano, żeby mieć czas na ogarnięcie, przygotowanie obiadu, itp.
Cały poranek i popołudnie krzątałam się w kuchni, to przygotowywałam stół, kiedy wszystko było już gotowe, nie zostało mi nic innego jak przygotować się i wyczekiwać na Justina. Weszłam do pokoju z szafy wygrzebałam strój, który wcześniej zaprojektowała dla mnie na specjalne okazje Steph (KLIK).
Dochodziła już 15, zadzwonił dzwonek, rozradowana zbiegłam na dół i otworzyłam drzwi, zobaczyłam Justin’a.
-Śliczne wyglądasz.-powiedział na powitanie i pocałował mnie.
-Rodzice już czekają.-szepnęłam mu do ucha.
Weszliśmy trzymając się za ręce do jadalni.
-Jakie gołąbeczki.-zaśmiał się tato.
Kiedy poszłam po pierwsze danie rodzice pochłonęli się rozmową z Justinem, można bardziej podciągnąć to pod przesłuchanie, ale cóż to przecież rodzice. Obiad mijał w fajnej atmosferze, rodzice polubili Justina i dobrze bo na razie nie zamierzam się z nim rozstawać.
-Muszę Wam coś ważnego powiedzieć.-wstałam od stołu i oznajmiłam.
Rodzice wymienili się spojrzeniami, a Justin spojrzał na mnie wyczekująco, wbił we mnie te swoje śliczne czekoladowe ślepia.
-Więc…Długo zastanawiałam się jak Wam to powiedzieć, wiem że to może być dla Nas wszystkich trudne, ale to czas żebyście się dowiedzieli…Jestem w ciąży.-powiedziałam.
-CO?-ryknął Justin.-Z kim?
-No, z Tobą.-zachowanie Justina trochę mnie zdezorientowało.
-Chyba sobie żartujesz, puszczasz się na prawo i lewo i chcesz mi wcisnąć jakiegoś bachora? Pojebało Cię! JA jestem gwiazdą, jestem sławny, JA, nie ty. Więc to może zagrozić tylko mi, te Twoje wymyślane bajeczki. Jesteś zwykłą dziwką.-w tym momencie trzasnął drzwiami i wyszedł, zaczęłam płakać, nie mogłam pozbierać myśli, nagle poczułam straszny ból u dołu brzucha, zaczęłam krwawić, wystraszeni i z lekka zdezorientowani rodzice podbiegli do mnie… Przyjechała karetka…
Obudziłam się, ale nie otworzyłam oczu, jedyne co poczułam to straszny ból głowy, nie słyszałam głosów, a może nie zwracałam na nie uwagi? Przypomniało mi się co wydarzyło się wczoraj, pomyślałam że to koszmar, gwałtowanie otworzyłam oczy i doznałam szoku.
-Obudziła się.-powiedziała jedna z nachylonych nade mną głów.
-Zaraz, co się dzieje? Gdzie jestem?-pytałam oszołomiona, obraz jeszcze nie był stabilny.
-Van, kochanie. Jesteś w szpitalu, wczoraj zaczęłaś się wykrwawiać od środka i zemdlałaś z powodu za dużej straty krwi.-objaśniła mi mama i pogłaskała mnie lekko po głowie, milczałam nie mogłam wykrztusić z siebie słowa, ciągle myślałam o tym co się stało wczoraj.
-A co z dzieckiem?-zapytałam nagle zaniepokojona
-Płód został uszkodzony ze względu na stres i brak tlenu, po za tym zabrakło mu krwi. Lekarze usunęli płód dziś w nocy.-do Sali wszedł lekarz, rozpłakałam się. Zabiłam małego człowieka… Tak wcześnie.
-Chcę być sama.-powiedziałam oschle. Rodzice wraz z lekarzem wyszli jak poparzeni. Wbiłam wzrok w śnieżnobiały sufit, leżałam tak i się nie ruszałam. Nagle do Sali wszedł jakiś chłopak, widziałam jeszcze słabo więc nie rozpoznałam go.
-Mnie też nie chcesz widzieć? Nie dziwię się.-powiedział to zdecydowanie Clyde, uśmiechnęłam się automatycznie, cieszyłam się że jeszcze o mnie pamięta.
-Cieszę się że jesteś Clyde.-powiedziałam a ten usiadł na krzesełku koło łóżka.
-Tęskniłem.-szepnął
-Ja też.-uśmiechnęłam się.-ale wiesz co? Dziwię się że nie jesteś na mnie zły… Zachowałam się okropnie, ja Cie przecież zdradziłam…
-Vanessa, to nie ważne. Wiele się wydarzyło. Ja też Cię zdradziłem. Z resztą Melissa to okropna zdzira.-zaśmiał się.
-Czyli nic między wami nie wyszło?-spytałam z nutką nadziei w głosie.
-Nie.-stwierdził kategorycznie.-Właściwie to nigdy nie byłem na Ciebie zły.
-Więc jaki byłeś?
-Nie wiem. Wiem że byłem zły na siebie, dalej jestem, bo dałem Ci odejść z tym skończonym dupkiem, nie powinienem, zobacz do jakiego stanu on Cię doprowadził, obiecuje Ci że już nigdy na to nie pozwolę. Nawet jeżeli to nie było moje dziecko… Wychowałbym je z Tobą. -po tych słowach nastąpiła chwila ciszy.
-Chcę Cię mieć w swoim życiu Clyde.-przerwałam cisze.
-Ja Ciebie też Van.-zgodził się.
-Ale jako przyjaciela, za dużo ostatnio przeżyłam żeby podejmować jakieś poważniejsze decyzje. Po za tym nie chcę Cię znów ranić. Przepraszam.-powiedziałam, a Clyde tylko uśmiechnął się.
-Nie masz za co mnie przepraszać, po za tym wina leżała po obu stronach, po prostu zapomnijmy o tym co się wydarzyło. I szanuję Twoją decyzję będziesz niesamowitą przyjaciółką.-skwitował i zmierzwił mi włosy.
-Ty będziesz niesamowitym przyjacielem, jestem tego pewna.-uśmiechnęłam się promiennie.-Zabiłam je.-dodałam po chwili przypominając sobie co się stało.
-O czym ty mówisz?-spytał Clyde zmartwiony
-Dziecko, zabiłam je.-powtarzałam w kółko
-Uspokój się, to nie Twoja wina. Nie chciałaś Vanessa.-Clyde musnął ręką mój policzek.
-Ale zabiłam je.-wciąż powtarzałam.
-Nie, nie mów tak.-powiedział kategorycznie
-Serio tak uważasz?-słabo podniosłam wzrok i popatrzyłam mu w czekoladowe oczy
-Tak, nic nie zrobiłaś, to ten dupek Justin. Po prostu się nie przejmuj. Muszę już iść.-powiedział Clyde –Właśnie! Byłbym zapomniał, mam coś dla Ciebie.- i wygrzebał z kieszeni pudełeczko z, którego wyciągnął śliczny wisiorek z napisem ‘hope’.
-Jesteś prześliczny! Dziękuję.-powiedziałam i aż łezka zakręciła mi się w oku, tak bardzo się cieszę że mam go przy sobie.-Pa, wpadniesz później?-spytałam z nadzieją.
-Jasne, trzymaj się.-powiedział i wyszedł z Sali.
-Kocham Cię.-szepnęłam niesłyszalnie. 


****~****~****~****~****



*&*&*&*&*&*&*&*&
Pozdro dla tych, który to jeszcze czytają :* 
Gosiak. ^,^

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz